niedziela, 24 lutego 2019

Zwykłe niezwykłe chwile

W kolekcji tysiąca zdjęć z telefonu, siedmiuset z aparatu, kolejnego tysiąca zrobionych przez innych są okazy niezwykłe: pierwsze uśmiechy, ząbki, spacery, święta. Piękne scenerie, ważne momenty. Letnie, jesienne, zimowe i wiosenne krajobrazy. Całe mnóstwo fotografii, których nie pomieści żaden album a nawet pewnie szafka na albumy. I w tej niepoliczalnej ilości zdjęć są takie, które mimo bałaganu w tle, czasami bałaganu na głowie, w tej swojej totalnej zwykłości są niezwykłe. Bo utrwalają autentyczny uśmiech, błysk zachwytu w oku, promień słońca. 
To właśnie był ten moment.





środa, 20 lutego 2019

Work of art

Kiedy się już przekroczy pewną granicę trudno mówić o powrocie do bloga, teraz to już bardziej wypada zacząć na nowo.
To by się z resztą zgadzało, bo grudzień 2017 to jakieś poprzednie wcielenie, inny wymiar i nie ten świat.
Zatem zaczynam LO, który nieco usprawiedliwi moją nieobecność;)

A na nim główny bohater zamieszania - najcudowniejszy Dorisowy Potworek. Tak, tak!
 Przerwa była urlopem macierzyńskim. Zachodzę w głowę, kto nazwał ów odcinek czasu "urlopem". Nie chcę być seksistką, ale chyba facet. Co tu dużo opowiadać... świat stanął na głowie i choć przerwę miałam od blogowania, to od tworzenia bynajmniej. Nie to, żebym miała spokojne, sypiające jak anioł dziecko, które dało mi mnóstwo czasu na scrap w czasie tego URLOPU. Jednak kosztem ogarniętej łazienki, czy też domowego obiadku z dwóch dań zasiadałam do craftowego konta i szczerze powiedziawszy głównie po to, by uhonorować synka jakąś pracą. Taki los młodej mamy: pół dnia nie możesz się doczekać, aż dziecko pójdzie spać, a jak już zaśnie, to siedzisz z telefonem w ręku i oglądasz zdjęcia z tęsknoty;) No to lepiej coś porobić. I w ten oto sposób uzbierało się trochę prac, którymi z najbliższym czasie mam zamiar się tu chwalić.
Uwaga!
Będę monotematyczna!







sobota, 16 grudnia 2017

Minimalistyczne kartki świąteczne

Ho, ho, ho!
Dziś seria karteczek niby skromnych, niby prostych, a przyznać muszę, że taki styl wymaga ode mnie więcej wysiłku. Taka kartkowa ikebana:)







niedziela, 19 listopada 2017

Lekko zmediowany, mocno połyskujący czekoladownik

Najczęściej moje prace powstają spontanicznie, otaczam się przydasiami i to, co mi w tym momencie pasuje, zostaje użyte. Pomysł ewoluuje razem z postępem pracy, daję się ponieść wenie, nic nie zakładam z góry. No, może jakiś ogólny zarys, ale jestem dla siebie wyrozumiała i elastyczna. A to dlatego, że kiedy mam gotowy obraz projektu w głowie, zasiadam do pracy i dążę do tego ideału, często to się kończy tak, jak popularne w internetach obrazki zatytułowane "oczekiwania vs rzeczywistość". 
I oto przed wami wyjątek - praca, której wizję miałam w głowie i do tego dążyłam, potwierdzający regułę - absolutnie efekt końcowy miał się nijak do mojej wizji.
Miała to być bliźniacza parka czekoladowników w negatywie: jeden - zielone tło i czerwone dodatki, drugi: czerwone tło, dodatki zielone. I jak wersja z zielonym tłem podoba mi się i o to chodziło, tak tło z pochlapanej z rozmachem czerwonej ekoliny wzbudzało raczej nieświąteczne skojarzenia. A jako, że nie świętujemy rocznic rzezi niewiniątek postanowiłam zaprezentować tylko wersję zieloną.







środa, 8 listopada 2017

Zima na całego

Zima już rozgościła się na dobre w mojej pracowni. Tym razem kartki świąteczne. Mega trójwymiarowe, troszeczkę zmediowane, jak zwykle połyskujące mrozem. 






Przygotowane z kitu XMAS Craft o'clock

niedziela, 5 listopada 2017

Zimowe rękawice

Hej hej!
Raptem pogoda zaczęła odrobinę przypominać polską, złotą jesień a ja wyjeżdżam z wręcz skandynawską zimą. Lecz w świecie rękodzieła sezon zimowy trwa dłużej, a dla niektórych to się w sumie nie kończy. Dorwałam się do rękawic jednopalczatek ze sklejki, zamknęłam oczy i przypomniały mi się czasy dzieciństwa. 
Wyjście na sanki na pierwszy wielki śnieg w powiększonym rodzinnym składzie, z termosami pełnymi herbaty (przynajmniej w termosach dla dzieci była herbata), z prowiantem - to była cudowna tradycja. Aż do tragicznego wypadku... mogę jedynie powiedzieć, że w grę wchodziła atrakcyjna górka, sanki, drzewo,  40letni męski zad i bardzo niefortunny finał. Strzaskany tyłek był ceną za nieroztrzaskaną głowę dziecka. Takie oddanie! Miesiąc zwolnienia i ból, który powraca w różnych okolicznościach. Akcja ratunkowa z perspektywy czasu była przezabawna...może nie dla bohatera opowieści, ale ja mam ubaw:P
 Tak wracając wspomnieniami do tych cudownych (nie dla każdego) chwil nabrałam ogromnej ochoty wyczarować rękawice ociekające mrozem, obklejone śniegiem, ciężkie od zimy! Takie, jak za dzieciaka, kiedy wracałam z dworu.






Inspiracja dla Zielonych Kotów.

poniedziałek, 9 października 2017